środa, 18 września 2013

W Teorii Aktora-Sieci hybrydy są bytami, których nie da się jednoznacznie zakwalifikować do świata kultury bądź natury.
Człowiek-pies, człowiek-samochód, człowiek-komputer, to translacyjne sieci, które dają się połączyć w jedną całość i po chwili rozłączyć. W każdej z dwóch sytuacji będą działały inaczej,  inne będą też skutki działań. 
Sytuacja zaczyna się robić niebezpieczna, kiedy jeden element zaczyna "wrastać" w drugi. Czy to już hybryda antropotechniczna? O zgrozo...


Compaq

W(y)pływ napoju

Informacja, komunikat, instrukcja, to towary na wagę złota. Stwierdzenie znów banalne, ale niepodważalne. Producent automatu na napoje umieścił na nim informację, jak produkt dostać do ręki, jednak nie ostrzegł przed tym, że spadająca puszka czy butelka ulega wstrząśnięciu. Niewidzialny, acz stanowczy aktor (śmiem mniemać, iż była nim Pani Sprzątająca) zrobił jednak swoje, zapobiegając sklejeniu - dosłownie i w przenośni - klienta automatu, kupionego napoju, oraz podłogi.
Gdzie zostało wykonane zdjęcie - zainteresowani z pewnością to wiedzą.



wtorek, 17 września 2013

Kajko i Kajka

"Nie jest jednak zadaniem antropologii przetwarzanie na tekst całych biografii i historii społecznych, ani też opowiadanie na nowo miejscowych opowieści. O wiele lepiej radzą sobie z tym ci, którzy nimi żyją. Tym, co cechuje antropologię i ją wyróżnia jest doświadczenie siły szczegółu w praktycznym życiu i przetworzenie tego w teorię, która poza ów szczegół wykracza. Życie, aby można je było pojąć, musi zostać odtworzone w odrębnym języku."

(Kirsten Hastrup, Droga do antropologii. Między doświadczeniem a teorią, Kraków 2008, s. 33)

 Kiedy czytam Kirsten Hastrup, momentami miałabym ochotę ją uściskać, żeby podziękować za mobilizację do działania i wskazówki odnośnie "przestawienia" myślenia na antropologiczny/etnograficzny tor. Z całym szacunkiem (bez żartów) dla Bronisława Malinowskiego, sądzę, iż powinno dać mu się nieco odpocząć, a właśnie duńską antropolożkę "zadawać" do czytania studentom pierwszych lat antropologii.

W myśl przytoczonych wyżej słów, nie będę opowiadała rozwlekle o postaci Kajko z serii komiksów autorstwa Janusza Christy, ani też nie przepiszę całej biografii mazurskiego poety Michała Kajki.
Stwierdzę jedynie, iż podział na kulturę elitarną oraz popularną ulega coraz większemu zatarciu i staje się (jest!) niewystarczający do opisania rzeczywistości. Informacje pozornie ze sobą niespójne, sklejają się, dając efekty niepowtarzalne i niespodziewane. "Syndrom Klocków Lego", jak stwierdza Eriksen. 

Teoria teorią, a Olsztynianie swoje na temat ulicy Kajki wiedzą.

środa, 4 września 2013

Oddajmy głos ekspertom

Bywają momenty, kiedy inni w sposób o wiele bardziej doskonały, niż my sami, potrafią oddać nasz stan ducha. Sztuka polega na tym, aby z ogólnodostępnych, niepoukładanych, "spiętrzonych" informacji wybrać te, które są dla nas najcenniejsze, a ignorować te, których nie potrzebujemy. Na dziś pozwoliłam sobie wybrać dwa krótkie filmy, które trafiają w sedno mego samopoczucia (0 zgrozo, oby nie stylu życia...)

"Procrastination" Tales Of Mere Existence

piątek, 23 sierpnia 2013

Łamigłówka, vol 2

Zdeklarowałam rozwinięcie sprawy "jeżyka w klatce", który stał się patronem mojego notatnika. Minął już dość (zbyt) długi czas, aby kontynuować tam, gdzie się skończyło, postaram się więc znaleźć nowy początek historii łamigłówki. 
Przeczesując zakamarki internetu w języku polskim, znajdziemy jeża jako produkt gotowy do kupienia, jednak bez szerszego kontekstu. Jeśli jednak przeniesiemy się na grunt czeski (Ježek v kleci), lub angielski (Hedgehog in the cage) - od razu znajdziemy odpowiedź na pytanie o pochodzenie łamigłówki. 

Zerkając nieco na prawo od czytanego teksu (być może również w górę, jeśli blog czytany jest jednym ciągiem), ujrzeć można prototyp "puzzli" opatentowanych 7 kwietnia 1896 roku przez amerykanina z Filadelfii, Clerenca Augustusa Worrala. Zdaje się, iż to właśnie ten wynalazek przeniósł go do historii. Na co dzień zajmował się malarstwem, jednak o tym nie mówi ani wszechwiedząca ciocia Wikipedia, ani inne źródła, prócz fikcyjnego profilu artysty, stworzonego na facebook'u (napisałam, nie odpisał...). 

Jak jeż dotarł do Czech? Prawdopodobnie z popularnymi już na początku XX wieku katalogami produktów, które można było zamówić z za oceanu. Tam rycinę z łamigłówką musiał zobaczyć czeski pisarz, teoretyk wychowania i propagator idei skautingu - Jaroslav Foglar.  

Zaczynając od roku 1940, Foglar pisywał dla tygodnika młodzieżowego Mladý hlasatel (Młody informator, spiker) odcinkową powieść przygodową o Szybkich Strzałach - pięciu chłopcach, których "oddział" spotykają niezwykłe historie (nie sposób pominąć nasuwającą się samoczynnie analogię do polskich Czarnych Stóp). Tam łamigłówka pojawiła się po raz pierwszy.

Szybkie Strzały i jeżyk w klatce, rok 1940.

Perypetie Szybkich Strzał zyskały błyskawicznie dużą popularność. Po niedługim czasie - idąc z duchem zmian - zdecydowano się stworzyć komiks na podstawie powieści Foglara. Doczekał się on kilkunastu wersji, każda kolejna dopełniała kolekcji. 
Rok po pojawieniu się opisu łamigłówki, wykonano jej "materialną" wersję, a także ogłoszono konkurs na wyjęcie jeża z klatki. Kilkaset pierwszych osób, które tego dokonało, mogło liczyć na nagrody.
Potem produkcja jeżyków, wykonanych z różnych materiałów, posypała się lawinowo, a ze sprzedażą nie było problemu. Dziś można znaleźć niezliczone warianty jeży.

Jako że produkt marketingowy okazał się żyłą złota (na temat względów ideologicznych nie będę się rozwodzić), czechosłowacka telewizja wyprodukowała w roku 1968 serial o przygodach Szybkich Strzał, skupiając się już jedynie na wątku "Tajemniczego cylindra".
Warto spojrzeć choćby na budzącą grozę czołówkę serialu.


W roku 2010, siedemdziesiąt lat po "zabłyśnięciu" łamigłówki, w Galerii jednego przedmiotu w Pradze zgromadzono 70 jej wersji, w tym drewniany prototyp. Dodatkowo na wystawie pojawiły się kolejne wydania komiksów oraz książek (włącznie z wersją polską, wydrukowaną w roku 1968, kiedy Foglar ze względów politycznych nie mógł publikować w swoim kraju). 
Co roku w Pradze organizowane są również mistrzostwa świata w wyjmowaniu jeża z klatki - najmłodsza uczestniczka miała 3 lata, a najstarszy uczestnik - ponad 60.

Wszystkie podane wyżej informacje z pewnością nie wyczerpują wachlarza kontekstów, w jakich pojawiła się "czeska" łamigłówka. Po co je przytaczam? Aby znów położyć nacisk na Teorię Aktora-Sieci, w której poza-ludzcy aktorzy potrafią obronić się sami. Bo choć wokół jeżyka w klatce oscyluje mnóstwo wątków, to on stoi w centrum zamieszania i "materialnie" ma szansę przetrwać dłużej, niż komiks czy taśma filmowa.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Kultura postludowa

Jeszcze dekadę (a z pewnością dwie) temu, poszukując arcydzieł sztuki ludowej, potencjalny klient udawał się do sklepu Cepelia, lub wyczekiwał lata, kiedy to każde szanujące się miasto organizowało kiermasze i jarmarki rękodzieła. Lalki, bieżniki i wycinanki, wykonane przez twórców działających pod egidą domów kultury i muzeów, były wysyłane i wywożone za granicę jako pożądane suweniry. 
Sprawdzając warsztat hafciarki, należało obejrzeć lewą stronę tkaniny, wprawna tkaczka równo zakańczała brzegi samodziałów, a zdobione drewniane łyżki nie miały prawa straszyć wystającymi drzazgami. Gotowe wytwory były efektem mozolnej pracy, opartej na doświadczeniu, w związku z czym klienci (słowa konsumenci unikam świadomie) gotowi byli zapłacić za nie adekwatne sumy pieniędzy. 
Dziś twórcy ludowi, zarówno ci szczęśliwie należący do Stowarzyszenia Twórców Ludowych, (a więc nie muszący wnosić tak wysokich opłat za stoiska wystawiennicze), jak i niezrzeszeni, narzekają na brak klientów, lub jedynie wąskie grono koneserów. "Kryzys, panie..." Ale kryzys czego, skoro zewsząd słyszymy, iż kultura ludowa wraca do łask? Co sprawia, że chętniej kupujemy "ludowość" w rosnących jak grzyby po deszczu sklepach internetowych, niż bezpośrednio od twórców? 
Zdaje się, iż z pomocą w wyjaśnieniu zagadki znów przyjdzie nam genialny Thomas H. Eriksen. Opisując szybkość, mówi on o wszechobecnych uproszczeniach i efekcie taśmy montażowej - wszystko ma być szybko i łatwo, nawet, jeśli w tym procesie umknie nam precyzja i niepowtarzalność.

Hafty "tradycyjne", proponowane w sklepach z towarami ludowymi (słowo to jest już chyba passe, dziś mówi się ethno), to coraz częściej efekt pracy odpowiednio zaprogramowanych komputerów, a nie ludzkich rąk. W opisach często czytamy, iż materiał to 50% cotton i 50% polyester, nici służące do wyszywania już bez domieszki bawełnianej. Podobnie jest z polyestrowym filcem i wycinankami drukowanymi na papierze kredowym. Produkcja taśmowa, pozwalająca na wykonanie setek egzemplarzy, pozwala na obniżenie kosztów.
Konsumpcja zamiast kontemplacji sprawia, iż nie interesuje nas proces tworzenia, ale efekt. Najlepiej w przystępnej cenie, bo przecież i tak "nie kupujemy tego na całe życie".

Z prac domowych - sobie i innym proponuję dopisać do listy lektur, pachnącą jeszcze drukiem książkę Piotra Korduby Ludowość na sprzedaż.

piątek, 2 sierpnia 2013

Wszyscy jesteśmy (pop)nacjonalistami

Bez względu na to, jak bardzo życzyli by sobie tego niektórzy, Polska nie jest monolitem narodowym. W ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych, wśród dziewięciu nacji znaleźli się Ukraińcy. Jeśli dobrze liczę (rodzinę i znajomych), dorasta już trzecie pokolenie obywateli polskich, którzy czują się Ukraińcami, choć nie wychowali się na ziemiach, z których pochodzą ich przodkowie. Jakkolwiek patetycznie (czy, khm, nacjonalistycznie) to zabrzmi, pomimo początkowych przeszkód oraz upływającego czasu, młodzi przedstawiciele wspomnianej mniejszości starają się - wśród wielu innych tożsamości - kreować swoje poczucie przynależności i więzi narodowej. 
Jak pisze Emil Durkheim w Elementarnych formach życia religijnego, społeczeństwo nie może istnieć bez okresowej potrzeby podtrzymywania i wzmacniania zbiorowych idei i uczuć. "Odnowę moralną" tego typu, grupy osiągają poprzez spotkania, zebrania, zgromadzenia, na których mogą wspólnie demonstrować łączące ich doznania. Takim typem spotkania dla młodych Ukraińców jest Ukraiński Jarmark Młodzieżowy w Gdańsku (w tym roku odbędzie się po raz 37.)

Spójrzmy na zdjęcia z poprzednich lat, przedstawiające scenę wraz z dekoracjami-motywami przewodnimi imprezy.




Na pierwszym zdjęciu - przy odrobinie dobrej woli - rozpoznamy ikonę rockowego grania gitarowego, Jimi Hendrixa. Jednak zamiast legendarnego Fendera Stratocastera, trzyma on w ręku bandurę, ukraiński ludowy instrument muzyczny.
Zdjęcie kolejne to nieco zmieniona forma człowieka witruwiańskiego. W wersji ukraińskiej, idealne proporcje ciała ludzkiego prezentuje - sądząc po charakterystycznym 'oseledcu' na głowie - koazak, za pewne zaporoski...
Dodajmy do tego jeszcze T-shirty z najbardziej znanym (pro)ukraińskim pisarzem, Tarasem Szewczenko w wersji a la Che Guevara (z podpisem "she", który stanowi pierwsze litery nazwiska poety, ale w języku ukraińskim oznacza również słowo 'jeszcze') i uzyskamy całkowity wachlarz ukraińskiej kreatywności.  Nacjonalności z elementami pop? Popnacjonaliści!

Czym jest popnacjonalizm, doskonale wyjaśnia Wojciech Józef Burszta, we wstępnym artykule do numeru 3/2006 kwartalnika Kultura popularna, w całości poświęconego wspomnianemu zagadnieniu. W jego rozumieniu 
"to tyle, co dawanie na co dzień, w życiu potocznym, w ludowej wyobraźni wyrazu przywiązania do (...) znaków i symboli narodowych, odwoływanie się do nich w różnych sferach i momentach życia". Drugie znaczenie 
"niesie w sobie konotacje związane z kulturą popularną (popkulturą), rozumianą jako szerokie spektrum praktyk dyskursywnych obecnych we wszystkich właściwie jej dziedzinach."
(W.J.Burszta, "Ogniem i mieczem na Szachtara", czyli wszyscy jesteśmy popnacjonalistami, Kultura Popularna, Nr 3(16) 2006)

Tożsamości budowane są dziś z materiałów najróżniejszej proweniencji. Wiele z nich budzić może zdziwienie (które, jak wiadomo, jest głównym zadaniem etnologów), oburzenie czy ironiczny śmiech. Jednak w czasach, kiedy pozornie niepasujące do siebie elementy spotkać możemy praktycznie wszędzie, nikogo już chyba nie zaskoczy młody Ukrainiec, który na egzaminy i oficjalne uroczystości przywdziewa - zamiast białej koszuli - wyszywaną soroczkę, stanowiącą element ukraińskiego stroju tradycyjnego.
Tyle na dziś. She!

wtorek, 16 lipca 2013

Widoczność ograniczona

"Z okna autobusu możesz zobaczyć tęczę. Z okna samochodu - tylko 3 kolory". Naklejki o podobnej treści, przygotowane z okazji obchodów dnia bez samochodu, pojawiły się w 2010 roku na przystankach oraz w środkach komunikacji publicznej w całej Polsce.





Idea zmiany środka komunikacji z auta na autobus czy tramwaj, jest - bez dwóch zdań - godna pochwały. Przyczynia się do zmniejszenia emisji spalin (kiedy myślę o zapachach i dymach, jakie kojarzą się z autobusem, którym dojeżdżam do pracy, sama nie do końca wierzę w to, co piszę), pozwala na drzemkę przed lub po wysiłku (o ile uda nam się wywalczyć przestrzeń dostatecznie dużą, aby stabilnie stać), skupienie się na lekturze, czy wreszcie dostrzeżenie - jak mówi komunikat - cudu natury, jakim jest tęcza.
Teoretycznie wszystko pięknie. Rozpędzony świat narzuca jednak własne zasady. Okna autobusu to dość duża powierzchnia, w dodatku powierzchnia mobilna - czyli mająca szansę zawłaszczyć uwagę ogromnej rzeszy odbiorców. Tym samym staje się miejscem idealnym do zamieszczenia wielkoformatowych reklam. Korzyści, jakie przedsiębiorstwa komunikacji osiągają dzięki wynajęciu idealnych powierzchni reklamowych, na wstępie wygrywają z argumentami pasażerów. Światy wewnątrz i na zewnątrz autobusu odklejają się od siebie. W konsekwencji (tyranii chwili, a jakże!) maleją drastycznie nasze szanse na dojrzenie nie jedynie tęczy, ale nawet przystanku, na którym planowaliśmy wysiąść.
(Nie)przejrzystość szyb w środkach komunikacji to problem rozległy, od Gdańska co najmniej po Bielsko-Białą...

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Rzecz w tym, że...


 "Rzeczy nie są po prostu materialnymi konstruktami;
w jednym miejscu gromadzą i wiążą razem własności
swego materiału, wartości, znaczenia, prawo itp."

(Krzysztof Abriszewski, Rzeczy w kontekście Teorii Aktora-Sieci, w: Rzeczy i ludzie. Humanistyka wobec materialności, 
 J. Kowalewski, W. Piasek, M. Śliwa /red/, Olsztyn 2008, s. 103-129)




Dworce, lotniska, przystanki, od dawna określane są jako miejsca graniczne, wspólne i niczyje, oznaczające zmianę stanu - z bezruchu w ruch, lub na odwrót. Czas, jaki przychodzi nam spędzić w oczekiwaniu na dalszą drogę, sprzyja obserwacjom. 
Zamieszczone powyżej zdjęcie, zostało wykonane na na dworcu PKP/PKS w Olsztynie. Pierwsze piętro budynku już od dawna "kurczyło się" (odnoszę wrażenie, iż przypadłość ta dotyczy coraz większej liczby dworców PKP), kolejne lokale były zamykane, aż ostatecznie zdecydowano o odcięciu dostępu do wyższej kondygnacji. Czy widoczna na zdjęciu bariera miała tam pozostać na dłużej, czy też została stworzona na potrzebę chwili - tego nie wiem. Wiem natomiast (mam wrażenie?), iż doskonale prezentuje ona sytuację "wpisania wartości w rzeczy". Zgodzę się, iż ktoś (prawdopodobnie dobrze wychowany, choć trochę kreatywny, a w dodatku dość silny pracownik PKP) musiał postawić tę granicę, jednak dalej mówią już same rzeczy. To one stają na straży przestrzeni, na którą wchodzić nie wolno, i one wymuszają (lub choćby starają się) respektowanie określonych reguł.
Co ciekawe, także na zdjęciu widać hierarchię pomiędzy elementami komunikatu. Papierowa, nietrwała kartka z uprzejmą prośbą o niewchodzenie, wydała się chyba zbyt słaba, aby mogła obronić teren zakazany. Za to dość pokaźne bryły betonu umieszczone tuż za nią - to już argument o wiele mocniejszy, w podwójnym tego słowa znaczeniu.
Przy następnej wizycie w Olsztynie z chęcią sprawdzę, jak wygląda uroczy zakątek ze zdjęcia.

sobota, 8 czerwca 2013

Okno do lasu

Świat wokół ulega nieustannym przemianom. Ciężko jest dziś znaleźć osobę, która nie zgodziłaby się z tym banalnym stwierdzeniem. Zmieniają się ludzie, a co za tym idzie - ich potrzeby. Choć sama wciąż bronię się przed internetem w telefonie - z uśmiechem na ustach reaguję na "zaktualizowaną" po prawie 60 latach piramidę potrzeb Abrahama Maslowa, która robi karierę w internecie.


Można zaryzykować stwierdzenie, iż pytanie o dostęp do łączności bezprzewodowej w danym miejscu staje się częstsze niż pytanie o aktualną godzinę - tę przecież sprawdzimy przy pomocy multifunkcyjnych urządzeń elektronicznych, z którymi rzadko kiedy się rozstajemy. Jak stwierdza Thomas Hylland Eriksen - przez każdego chyba studenta toruńskiej etnologii i antropologii kojarzony z książką "Tyrania chwili. Szybko i wolno płynący czas w erze informacji" (jeśli nie z badaniami nad tożsamością i etnicznością) - w dobie bezprzewodowej komunikacji, wiele trwałych wcześniej powiązań ulega osłabieniu, czy wręcz zerwaniu. Tak dzieje się z zależnością pomiędzy czasem trwania a odległością. Komunikujemy się tu i teraz, zmieniamy terminy i godziny spotkań na bieżąco, umawiamy się na videochat, aby wypić herbatę z osobą siedzącą przed monitorem setki kilometrów od nas.
Oczy kamer zaglądają wszędzie tam, dokąd docieramy my, ale również udostępniają nam możliwość "bycia" w miejscach, w których niełatwo znaleźć się bez odpowiedniej wiedzy, przygotowania, oraz dużej dozy cierpliwości. Na myśli mam gniazda drapieżnych ptaków, plaże pełne odpoczywających fok, czy wreszcie białowieskie polany, na których pasą się żubry ("Żubry online" - prawie 63,5 tysiąca polubień na facebooku). Wystarczy posiąść znikomą porcję informacji - link do strony internetowej transmitującej obraz z kamery - aby obserwować, jak i czym orzeł bielik karmi swoje młode, kiedy zaczyna uczyć je latać. Wprawdzie nie usłyszymy dokładnie, jak komunikują się między sobą obserwowane zwierzęta. Nie dowiemy się również, dokąd się udały, kiedy wyjdą poza kadr (i na to jest jednak sposób - kiedy w okresie zimowym żubrów nie ma w kadrze, na ekran wskakuje widok z kamery skierowanej na drzewo, na którym posilają się ptaki). Uproszczona, mniej precyzyjna wersja - to cena, jaką gotowi jesteśmy zapłacić za eriksenowską "szybkość". 


Szelesty opakowań po chipsach, siorbanie, wstawanie w czasie emisji, a nawet rozmowa przez telefon komórkowy - wszystko dozwolone, zwierzęta się nie wystraszą. Zapraszam do oglądania!

http://www.lasy.gov.pl/zubr

http://www.ustream.tv/two-harbors-cam

Wpis dotyczyć miał jedynie podglądania zwierząt, ale jak tu powstrzymać się przed turystyką sprzed monitora, kiedy strony takie, jak http://www.earthcam.com/ , dają nam pełen pakiet możliwości oglądania świata "bez opóźnień", jak nazywa dzisiejsze czasy Paul Virilio, francuski twórca dromologii. Wystarczy jedynie podjąć decyzję, co dziś chcemy zobaczyć - ślub w Las Vegas, czy wschód słońca nad czeską Opavą...

czwartek, 30 maja 2013

Jeżyk po raz pierwszy



Podchodzić do czegoś jak pies do jeża – określenie to doskonale pasuje do sytuacji. Tytuł, który spiąłby jedną klamrą wpisy umieszczane na blogu (czyli cyfrowym zeszycie ćwiczeń do rozwijania kompetencji badacza kultury), zrodził się w głowie już jakiś czas temu. Więcej trudności przysporzyło podjęcie wyzwania i rozpoczęcie zmagań z „jeżykiem w klatce”.

Czym jest tajemnicze stworzenie? Oto opis, który zapewnił mu permanentną sławę – przynajmniej u naszych czeskich sąsiadów:

Jeż w klatce" nie był żadnym zwierzęciem, jakby to można sądzić według nazwy (...). Nie, nie było to nic żywego. Nazywano w ten sposób jakąś dziwną podłużną skrzynkę, mającą na swej powierzchni otwory ciągnące się z jednego końca skrzynki na drugi. Niektóre z otworów były nieznacznie węższe od drugich, inne znowu szersze. Również na każdym z obu końców pudełka mieścił się jeden okrągły otwór. Taki przynajmniej zachował się opis. Wewnątrz owej dziwnej, zamkniętej hermetycznie skrzynki umieszczona była metalowa kula pokryta sterczącymi na wszystkie strony kolcami. Gdy się skrzynkę wzięło do ręki, poruszała się w niej swobodnie, dzwoniła o nią swoimi kolcami, nie mogła jednak wydostać się przez wąskie otwory na zewnątrz. Było to całkowicie wykluczone! A jednak od czasu do czasu kula wydostawała się ze swojego metalowego więzienia! Cylinder pozostawał przy tym nieuszkodzony, a kula cała nie rozłamana ani nie rozłożona na części! Gdy określone kolce kuli skierowano w kierunku określonych otworów cylindra, nachylając je i obracając pod różnymi kątami, podczas gdy pozostałe kolce wystawały na chwilę z cylindra przez inne otwory na zewnątrz, udawało się kuli wyśliznąć na zewnątrz i w taki sam sposób wśliznąć się z powrotem! Z uwagi na ilość kolców i ilość otworów w pudełku, oraz na nieograniczone niemal możliwości obrotów gwiazdy w jej więzieniu, istniały setki tysięcy, a może nawet miliony rozmaitych pozycji kuli w cylindrze. A spośród tej nieskończonej liczby możliwych kombinacji jedna tylko była właściwa i pozwalała prześliznąć się tam i z powrotem.”



(Jarosław Foglar, Tajemniczy cylinder, przekład autoryzowany Rudolfa Janicka, Wydawnictwo „Śląsk”, 1958, s. 34-35).

Dziś „jeżyka w klatce” zna większość Czechów, część z nich posiada łamigłówkę na własność, najczęściej w wersji metalowej, jak u Jarosława Foglara. Za każdym razem, kiedyodwiedzam znajomych za południową granicą, próbuję wydobyć kolczastą kulę z klatki. Udaje się, po setkach obrotów i zmian pozycji jeżyka. Nigdy nie zdecydowałam się użyć instrukcji dołączonej do łamigłówki, choć wiem, że z pewnością skróciłoby to czas oswobodzenia jeża do minimum...

Pora postąpić odwrotnie – użyć instrukcji dostarczanych przez szeroko pojętych badaczy kultury, aby bez (zbyt długiego) błądzenia, podjąć się próby antropologicznego spojrzenia na fragmenty (sic!) rzeczywistości.

Tyle na – być może mało merytoryczny – początek. A do kwestii „jeżyka w klatce” jeszcze powrócę. 

Kadr z czechosłowackiego serialu "Tajemniczy cylinder". Bohater triumfująco prezentuje łamigłówkę "jeżyk w klatce".
Fot. www.mkuh.cz