piątek, 23 sierpnia 2013

Łamigłówka, vol 2

Zdeklarowałam rozwinięcie sprawy "jeżyka w klatce", który stał się patronem mojego notatnika. Minął już dość (zbyt) długi czas, aby kontynuować tam, gdzie się skończyło, postaram się więc znaleźć nowy początek historii łamigłówki. 
Przeczesując zakamarki internetu w języku polskim, znajdziemy jeża jako produkt gotowy do kupienia, jednak bez szerszego kontekstu. Jeśli jednak przeniesiemy się na grunt czeski (Ježek v kleci), lub angielski (Hedgehog in the cage) - od razu znajdziemy odpowiedź na pytanie o pochodzenie łamigłówki. 

Zerkając nieco na prawo od czytanego teksu (być może również w górę, jeśli blog czytany jest jednym ciągiem), ujrzeć można prototyp "puzzli" opatentowanych 7 kwietnia 1896 roku przez amerykanina z Filadelfii, Clerenca Augustusa Worrala. Zdaje się, iż to właśnie ten wynalazek przeniósł go do historii. Na co dzień zajmował się malarstwem, jednak o tym nie mówi ani wszechwiedząca ciocia Wikipedia, ani inne źródła, prócz fikcyjnego profilu artysty, stworzonego na facebook'u (napisałam, nie odpisał...). 

Jak jeż dotarł do Czech? Prawdopodobnie z popularnymi już na początku XX wieku katalogami produktów, które można było zamówić z za oceanu. Tam rycinę z łamigłówką musiał zobaczyć czeski pisarz, teoretyk wychowania i propagator idei skautingu - Jaroslav Foglar.  

Zaczynając od roku 1940, Foglar pisywał dla tygodnika młodzieżowego Mladý hlasatel (Młody informator, spiker) odcinkową powieść przygodową o Szybkich Strzałach - pięciu chłopcach, których "oddział" spotykają niezwykłe historie (nie sposób pominąć nasuwającą się samoczynnie analogię do polskich Czarnych Stóp). Tam łamigłówka pojawiła się po raz pierwszy.

Szybkie Strzały i jeżyk w klatce, rok 1940.

Perypetie Szybkich Strzał zyskały błyskawicznie dużą popularność. Po niedługim czasie - idąc z duchem zmian - zdecydowano się stworzyć komiks na podstawie powieści Foglara. Doczekał się on kilkunastu wersji, każda kolejna dopełniała kolekcji. 
Rok po pojawieniu się opisu łamigłówki, wykonano jej "materialną" wersję, a także ogłoszono konkurs na wyjęcie jeża z klatki. Kilkaset pierwszych osób, które tego dokonało, mogło liczyć na nagrody.
Potem produkcja jeżyków, wykonanych z różnych materiałów, posypała się lawinowo, a ze sprzedażą nie było problemu. Dziś można znaleźć niezliczone warianty jeży.

Jako że produkt marketingowy okazał się żyłą złota (na temat względów ideologicznych nie będę się rozwodzić), czechosłowacka telewizja wyprodukowała w roku 1968 serial o przygodach Szybkich Strzał, skupiając się już jedynie na wątku "Tajemniczego cylindra".
Warto spojrzeć choćby na budzącą grozę czołówkę serialu.


W roku 2010, siedemdziesiąt lat po "zabłyśnięciu" łamigłówki, w Galerii jednego przedmiotu w Pradze zgromadzono 70 jej wersji, w tym drewniany prototyp. Dodatkowo na wystawie pojawiły się kolejne wydania komiksów oraz książek (włącznie z wersją polską, wydrukowaną w roku 1968, kiedy Foglar ze względów politycznych nie mógł publikować w swoim kraju). 
Co roku w Pradze organizowane są również mistrzostwa świata w wyjmowaniu jeża z klatki - najmłodsza uczestniczka miała 3 lata, a najstarszy uczestnik - ponad 60.

Wszystkie podane wyżej informacje z pewnością nie wyczerpują wachlarza kontekstów, w jakich pojawiła się "czeska" łamigłówka. Po co je przytaczam? Aby znów położyć nacisk na Teorię Aktora-Sieci, w której poza-ludzcy aktorzy potrafią obronić się sami. Bo choć wokół jeżyka w klatce oscyluje mnóstwo wątków, to on stoi w centrum zamieszania i "materialnie" ma szansę przetrwać dłużej, niż komiks czy taśma filmowa.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Kultura postludowa

Jeszcze dekadę (a z pewnością dwie) temu, poszukując arcydzieł sztuki ludowej, potencjalny klient udawał się do sklepu Cepelia, lub wyczekiwał lata, kiedy to każde szanujące się miasto organizowało kiermasze i jarmarki rękodzieła. Lalki, bieżniki i wycinanki, wykonane przez twórców działających pod egidą domów kultury i muzeów, były wysyłane i wywożone za granicę jako pożądane suweniry. 
Sprawdzając warsztat hafciarki, należało obejrzeć lewą stronę tkaniny, wprawna tkaczka równo zakańczała brzegi samodziałów, a zdobione drewniane łyżki nie miały prawa straszyć wystającymi drzazgami. Gotowe wytwory były efektem mozolnej pracy, opartej na doświadczeniu, w związku z czym klienci (słowa konsumenci unikam świadomie) gotowi byli zapłacić za nie adekwatne sumy pieniędzy. 
Dziś twórcy ludowi, zarówno ci szczęśliwie należący do Stowarzyszenia Twórców Ludowych, (a więc nie muszący wnosić tak wysokich opłat za stoiska wystawiennicze), jak i niezrzeszeni, narzekają na brak klientów, lub jedynie wąskie grono koneserów. "Kryzys, panie..." Ale kryzys czego, skoro zewsząd słyszymy, iż kultura ludowa wraca do łask? Co sprawia, że chętniej kupujemy "ludowość" w rosnących jak grzyby po deszczu sklepach internetowych, niż bezpośrednio od twórców? 
Zdaje się, iż z pomocą w wyjaśnieniu zagadki znów przyjdzie nam genialny Thomas H. Eriksen. Opisując szybkość, mówi on o wszechobecnych uproszczeniach i efekcie taśmy montażowej - wszystko ma być szybko i łatwo, nawet, jeśli w tym procesie umknie nam precyzja i niepowtarzalność.

Hafty "tradycyjne", proponowane w sklepach z towarami ludowymi (słowo to jest już chyba passe, dziś mówi się ethno), to coraz częściej efekt pracy odpowiednio zaprogramowanych komputerów, a nie ludzkich rąk. W opisach często czytamy, iż materiał to 50% cotton i 50% polyester, nici służące do wyszywania już bez domieszki bawełnianej. Podobnie jest z polyestrowym filcem i wycinankami drukowanymi na papierze kredowym. Produkcja taśmowa, pozwalająca na wykonanie setek egzemplarzy, pozwala na obniżenie kosztów.
Konsumpcja zamiast kontemplacji sprawia, iż nie interesuje nas proces tworzenia, ale efekt. Najlepiej w przystępnej cenie, bo przecież i tak "nie kupujemy tego na całe życie".

Z prac domowych - sobie i innym proponuję dopisać do listy lektur, pachnącą jeszcze drukiem książkę Piotra Korduby Ludowość na sprzedaż.

piątek, 2 sierpnia 2013

Wszyscy jesteśmy (pop)nacjonalistami

Bez względu na to, jak bardzo życzyli by sobie tego niektórzy, Polska nie jest monolitem narodowym. W ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych, wśród dziewięciu nacji znaleźli się Ukraińcy. Jeśli dobrze liczę (rodzinę i znajomych), dorasta już trzecie pokolenie obywateli polskich, którzy czują się Ukraińcami, choć nie wychowali się na ziemiach, z których pochodzą ich przodkowie. Jakkolwiek patetycznie (czy, khm, nacjonalistycznie) to zabrzmi, pomimo początkowych przeszkód oraz upływającego czasu, młodzi przedstawiciele wspomnianej mniejszości starają się - wśród wielu innych tożsamości - kreować swoje poczucie przynależności i więzi narodowej. 
Jak pisze Emil Durkheim w Elementarnych formach życia religijnego, społeczeństwo nie może istnieć bez okresowej potrzeby podtrzymywania i wzmacniania zbiorowych idei i uczuć. "Odnowę moralną" tego typu, grupy osiągają poprzez spotkania, zebrania, zgromadzenia, na których mogą wspólnie demonstrować łączące ich doznania. Takim typem spotkania dla młodych Ukraińców jest Ukraiński Jarmark Młodzieżowy w Gdańsku (w tym roku odbędzie się po raz 37.)

Spójrzmy na zdjęcia z poprzednich lat, przedstawiające scenę wraz z dekoracjami-motywami przewodnimi imprezy.




Na pierwszym zdjęciu - przy odrobinie dobrej woli - rozpoznamy ikonę rockowego grania gitarowego, Jimi Hendrixa. Jednak zamiast legendarnego Fendera Stratocastera, trzyma on w ręku bandurę, ukraiński ludowy instrument muzyczny.
Zdjęcie kolejne to nieco zmieniona forma człowieka witruwiańskiego. W wersji ukraińskiej, idealne proporcje ciała ludzkiego prezentuje - sądząc po charakterystycznym 'oseledcu' na głowie - koazak, za pewne zaporoski...
Dodajmy do tego jeszcze T-shirty z najbardziej znanym (pro)ukraińskim pisarzem, Tarasem Szewczenko w wersji a la Che Guevara (z podpisem "she", który stanowi pierwsze litery nazwiska poety, ale w języku ukraińskim oznacza również słowo 'jeszcze') i uzyskamy całkowity wachlarz ukraińskiej kreatywności.  Nacjonalności z elementami pop? Popnacjonaliści!

Czym jest popnacjonalizm, doskonale wyjaśnia Wojciech Józef Burszta, we wstępnym artykule do numeru 3/2006 kwartalnika Kultura popularna, w całości poświęconego wspomnianemu zagadnieniu. W jego rozumieniu 
"to tyle, co dawanie na co dzień, w życiu potocznym, w ludowej wyobraźni wyrazu przywiązania do (...) znaków i symboli narodowych, odwoływanie się do nich w różnych sferach i momentach życia". Drugie znaczenie 
"niesie w sobie konotacje związane z kulturą popularną (popkulturą), rozumianą jako szerokie spektrum praktyk dyskursywnych obecnych we wszystkich właściwie jej dziedzinach."
(W.J.Burszta, "Ogniem i mieczem na Szachtara", czyli wszyscy jesteśmy popnacjonalistami, Kultura Popularna, Nr 3(16) 2006)

Tożsamości budowane są dziś z materiałów najróżniejszej proweniencji. Wiele z nich budzić może zdziwienie (które, jak wiadomo, jest głównym zadaniem etnologów), oburzenie czy ironiczny śmiech. Jednak w czasach, kiedy pozornie niepasujące do siebie elementy spotkać możemy praktycznie wszędzie, nikogo już chyba nie zaskoczy młody Ukrainiec, który na egzaminy i oficjalne uroczystości przywdziewa - zamiast białej koszuli - wyszywaną soroczkę, stanowiącą element ukraińskiego stroju tradycyjnego.
Tyle na dziś. She!